Już się wydawało, że Monika B. i jej dzielny zastęp szergów, elfek i krasnoluda pozostanie w tym roku bez konkurencji... Na szczęście bracia Francuzi stanęli na wysokości zadania i podesłali nam do kraju nad Wisłą pierwsze z (dłuuuuugiego…) szeregu arcydzieł Nowego Juliusza Verne'a i Następcy Oświeceniowych Filozofów, Bernarda Werbera. Arcydzieło owo nosi tytuł Imperium mrówek i, jak łatwo się domyślić, opowiada o imperium mrówek. Oraz o ludziach, niestety.

Na początek kilka cytatów:

Osobnym kuriozum w tej książce jest Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, napisana przez jednego z bohaterów. Ze względu na poziom refleksji filozoficznej porównywalny z największymi osiągnięciami ludzkości dzieło to zdecydowanie zasługuje na zacytowanie w całości. Już sam tytuł stanowi olśniewający przykład oksymoronu. Niestety, szacunek dla praw autorskich i nerwów gości odwiedzających GoodOmens nakazuje nam zrezygnować z tego znakomitego pomysłu i zadowolić się fragmentami. Na początek może coś o Człowieczeństwie:

Kimkolwiek jesteś, najpierw cię pozdrawiam. W chwili, kiedy to czytasz, nie żyję już prawdopodobnie od dziesięciu lub stu lat. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Czasami żałuję, że posiadłem tę wiedzę. Ale jestem człowiekiem i nawet jeśli solidarność gatunku jest w tej chwili na najniższym poziomie, znam wszystkie obowiązki które wynikają z faktu, że urodziłem się któregoś dnia pośród was, ludzi tego wszechświata.
Muszę przekazać swoją historię.
(s. 49)

A teraz może o Sensie i Początku Istnienia Wszechświata:

Jeśli dobrze się przyjrzeć, wszystkie opowieści są do siebie podobne. Na początku jest temat, który drzemie. Nadchodzi przełom. Ten przełom zmusza nas do działania. W zależności od postępowania rozwinie się lub umrze. [Przełom umrze???]
Pierwsza historia, którą opowiem, jest historią naszego wszechświata. Ponieważ żyjemy wewnątrz. Ponieważ wszystkie rzeczy, małe i duże, podlegają tym samym prawom i są połączone tymi samymi współzależnościami. Na przykład ty, który odwracasz tę stronę, pocierasz papier niewielką powierzchnią palca wskazującego. Z tego kontaktu rodzi się maleńkie ciepło. Ciepło mimo wszystko prawdziwe. Przeniesione do nieskończenie małej skali powoduje ruch elektronu, który opuszcza swój atom i uderza w inną cząsteczkę.
Ta cząsteczka jednak w rzeczywistości, względem siebie samej, jest olbrzymia. Do tego stopnia, że zderzenie z elektronem jest dla niej prawdziwym szokiem. Przedtem była nieruchoma, pusta, zimna. Z powodu Twojego przewrócenia kartki znajduje się oto w stanie kryzysu. Przecinają ją gigantyczne iskry. Raptem jednym gestem spowodowałeś coś, czego konsekwencji nigdy nie poznasz. Być może powstały nowe światy, z żyjącymi na nich ludźmi, ci ludzie odkryją kiedyś być może metalurgię, kuchnię regionalną, międzygwiezdne podróże. (...)
Podobnie nasz wszechświat zajmuje z pewnością miejsce w rogu strony książki, na skraju podeszwy buta lub w pianie kufla piwa jakiejś innej olbrzymiej cywilizacji. (s. 49 - 50)
Piątego Piwa, być może?

Teraz kilka faktów naukowych:

Wyobraź sobie zatem tę wielką przestrzeń ciszy, przebudzoną nagle przez gwałtowne spalenie połączone z wybuchem. Dlaczego tam na górze przewrócono kartkę? Dlaczego zebrano pianę z piwa? Nieważne. W każdym razie wodór się pali, wybucha. Wielkie światło przecina nienaruszoną przestrzeń. Rzeczy nieruchome zaczynają się poruszać. Rzeczy zimne ogrzewają się. Rzeczy ciche zaczynają szemrać. (s. 50)
OK. Wedle tego, co jest wcześniej na tej samej stronie, mowa o Wielkim Wybuchu lub jego ekwiwalencie w jednym z alternatywnych światów. Pomieszanie teorii filozoficzno- fizycznych w tym fragmencie woła o pomstę do nieba. W całkowitej pustce następuje wybuch i zapalenie się wodoru, połączone z wielkim światłem. Wodór ten, jak rozumiem, pali się w owej absolutnej pustce, w której przy okazji rozchodzi się światło. Następnie istniejące w tej samej pustce rzeczy zaczynają działać (Pierwszy Poruszyciel?). Rozpoczyna się ruch (Arystoteles?) Wzrasta temperatura. Pojawia się dźwięk (albo muzyka sfer, albo ta pustka ma atmosferę). Ergo albo to wszystko razem nie ma sensu, albo, alternatywnie, mamy do czynienia z postmodernistycznym mitem kreacyjnym. Ratunku!!!

Cytowanie in extenso opisu walki z dzięciołem sobie darujemy, poprzestaniemy na streszczeniu: ptak wpycha język do mrowiska, żeby się najeść. Mrówki-wojowniczki strzelają mu w szyję pierwszą salwą kwasu, co jest nieprzyjemne, ale jeszcze nie niebezpieczne. Skrzydła ptaka więzną w ziemi i gałązkach kopca. Następna salwa jest bolesna, kolejna powoduje już prawdziwe cierpienie. Czwarta salwa unieruchamia napastnika. Następnie jedna grupa mrówek wdziera się do środka przez rany spowodowane przez kwas, a druga wciska do wnętrzności przez kloakę. Pierwsza ekipa ratuje z gardzieli jeszcze żywe mrówki. Następnie część mrówek dostają się tętnicą szyjną do mózgu i tam pozostają, gotowe do kopania w szarej substancji. Następnie oddział mrówek wkracza do płuc i wylewa tam kwas. W tym czasie obie grupy, ta od przełyku i ta od kloaki, podróżują przez wnętrzności ptaka, dewastując po drodze wszystkie organy, na które natkną się żuwaczkami. Unikają płynów ustrojowych, które mogłyby je zatopić. Obie armie łączą się wreszcie na poziomie nerek. Ptak jeszcze żyje. Jego serce, pocięte ciosami żuwaczek, nadal pompuje krew w podziurawiony system rurek. Mrówki zaczynają ćwiartować dzięcioła. Gdy zaczynają dzielić kawałki mózgu, ptakiem targa konwulsja, już ostatnia. Podział zdobyczy postępuje. Korytarze mrowią się od istot, z których każda ściska pamiątkę w postaci piórka lub puszku. (s. 61 - 62)
No strasznie łatwo im to poszło.

Sekretna broń ma postać ciemnej rośliny, na którą nawleczono czaszki mrówek rudnic. (s. 128) Czaszki? Mrówek???!!!

Mrówka, której odcina się głowę, emituje charakterystyczny zapach. Zapach bólu. Coś się zatem dzieje. Mrówka nie ma elektrycznych bodźców nerwowych, ma jednak bodźce chemiczne. Wie, kiedy brakuje jej cząstki samej siebie, i cierpi z tego powodu. (s. 131)
Pomijając już samą teorię bodźców chemicznych - bardzo nam się podoba idea mrówki świadomej, że brakuje jej głowy.

Mrówka brodzi w ciepłych fotonach. (s. 154)
A autor bredzi. Niemal jak po nadużyciu sfermentowanej spadzi przechowywanej na 32 piętrze (też s. 154, BTW)

Wydaje się, że śmierć nie jest dla mrówki wydarzeniem na tyle dużej wagi, by mogła zaprzestać rozpoczętego zaledwie kilka sekund wcześniej zadania. (s. 163)
Nic tylko pozazdrościć.

Dla odmiany drobiazg dotyczący konstrukcji fabuły:

Najbardziej dobijająca jest nachalna symbolika piwnicy jako łona matki. Kiedy Lucie, żona głównego bohatera, schodzi po schodach (krętych jak spirala DNA, przypomnijmy), wydaje się jej, że pogrąża się coraz bardziej w głąb samej siebie. (s. 106). Przypomina sobie obrazy z (głęboko traumatycznego) dzieciństwa.

A teraz kilka kwiatuszków, o które podejrzewamy Tłumoczkę, a nie autora: