Już się wydawało, że Monika B. i jej dzielny zastęp szergów, elfek i krasnoluda pozostanie w tym roku bez konkurencji... Na szczęście bracia Francuzi stanęli na wysokości zadania i podesłali nam do kraju nad Wisłą pierwsze z (dłuuuuugiego
) szeregu arcydzieł Nowego Juliusza Verne'a i Następcy Oświeceniowych Filozofów, Bernarda Werbera. Arcydzieło owo nosi tytuł Imperium mrówek i, jak łatwo się domyślić, opowiada o imperium mrówek. Oraz o ludziach, niestety.
Na początek kilka cytatów:
- Szczyt góry z patyczków przekomarza się z księżycem. (s. 41)
- Poszukując, byłem nogą.
Na miejscu byłem okiem.
Po powrocie jestem bodźcem nerwowym.
Wielki Mrówczy Rytuał nr 1 (s. 43)
- Pośrodku spoczywa wielka dama. Leży na stronie brzusznej ciała i od czasu do czasu wysuwa nóżkę w kierunki [tak w oryginale, jakoś nie chce nam się miłosiernie przyjmować, że to tylko wina korekty, a raczej jej braku] żółtego kwiatu. Kwiat zatrzaskuje się niekiedy z suchym trzaskiem. Lecz nóżka jest już cofnięta.
Ta dama to Belo-kiu-kiuni.
Belo-kiu-kiuni, ostatnia królowa mrówek rudnic z centralnego miasta.
Belo-kiu-kiuni, tworząca wszystkie ciała i wszystkie umysły Federacji.
[tu mały 6-linijkowy opis wojen za jej rządów]
Belo-kiu-kiuni bije rekordy żywotności.
Belo-kiu-kiuni, jego mama.(s. 45)
Podejrzewamy BTW, że Tłumoczenie może mieć coś wspólnego z oryginalną stylistyką tego tekstu
- Poszukując, byłem nogą.
Na miejscu byłem okiem.
Po powrocie jest bodźcem nerwowym.
Wielki Mrówczy Rytuał w nowej, oryginalnej szacie gramatyczno- stylistycznej (s. 47)
- emituje ze wszystkich sił najbardziej urzekające cząsteczki. (s. 47)
Żeby pogadać.
- Tak, są ślady śmierci i tajemnicy. To może być wojna
Ale równie dobrze może nie być. (s. 47)
Ten fragment może mieć sens. Ale równie dobrze może nie mieć.
- O, jakże ciężko jest posiadać informację o cierpieniu, trzymać je w sobie i nie móc znaleźć żadnego czułka, który by chciał jej wysłuchać. (s. 51)
- Nicholas nadal lamentował nad zmarłym przyjacielem [psem o wdzięcznym imieniu Ourzazate, które może sensownie brzmi dla Francuza, ale też nie jesteśmy pewni]. To już koniec. Już nigdy nie zobaczy go skaczącego na słowo "kot". Już nigdy więcej nie zobaczy, jak otwiera drzwi w radosnym podskoku. Już nigdy nie będzie go ratował przed wielkimi owczarkami niemieckimi o homoseksualnych zapędach. Nie było już Ourzazate'a.
(s. 55)
No comments.
- - To dobry pomysł: kazać jednym z owadów walczyć z drugimi?
- Mmmm, on to nazywał "ingerencją w ich dyplomację".
(s. 70)
- Owad to inna filozofia, inna czasoprzestrzeń, inny wymiar.
(s. 70)
Jakim cudem w takim razie gryzą nas komary, skąd biorą się w naszym świecie motyle, czemu łażą nam po ogrodzie - wybaczcie - mrówki? Dyrektorom zakaraluszonych szpitali polecamy tę maksymę pana Werbera jako wytłumaczenie dla pacjentów. "Prusaki? Jakie prusaki? Owady to inna czasoprzestrzeń. Przepisujemy pana na oddział psychiatryczny."
- To zatruta krew Afryki. Żywy kwas. (...) Ten strumień czarnego kwasu siarkowego płynie, zalewa wzniesienia, drzewa, nic go nie zatrzymuje. (...) Koczujące nie boją się żadnego stworzenia. Raz widziałem zbyt ciekawskiego kota, który rozpuścił się w jednej chwili. (s. 72)
To o mrówkach koczujących, dla wyjaśnienia. B. Werber badał je w Afryce. Fakt ten jednak, jak się zdaje, nie wyjaśnia zagadkowej metafory z czarnym kwasem siarkowym.
- Sfotografowaliśmy ją ze wszystkich stron, podczas gdy ona z pewnością wywrzaskiwała God save the Queen w swoim zapachowym języku. (s. 73)
Mowa o królowej strasznych mrówek koczujących. Przygrywali jej do tego zapachowi Sex Pistols.
- [Samce] są zatem wielkimi jajeczkami, a raczej plemnikami, żyjącymi na wolnym powietrzu.
(s. 78)
Jajeczkami, a raczej plemnikami. Interesujące. Niemal równie jak "jestem za, a nawet przeciw".
- Ma na plecach plemnik, który usiłuje ją udusić. (s. 78)
Ups.
- Dla niej to rodzaj defloracji umysłu. (s. 79)
Ech, ci Francuzi, tylko im jedno w głowie...
- Tu i ówdzie pojawia się piana pełna bezładnych wyrażeń.
(s. 79)
To w trakcie defloracji umysłu.
Tylko tu i ówdzie??? /AJC/
- Udało się, przekonał kogoś. Informacja została podana dalej, zrozumiana, zaakceptowana przez inną komórkę.
Stworzył swoją grupę roboczą.
(s. 80)
Podmiotem zdania, dodajmy, jest samiec 327, główny (mrówczy) tragiczny bohater dzieła. To on tworzy w mrowisku grupę roboczą ds. rozpracowania tajemniczych wojowniczek o zapachu skały.
(Myśmy tego nie wymyślili! Naprawdę! Naprawdę! - AJC)
- kopanie sekretnych przejść jest akurat w modzie.
(s. 81)
W modzie u mrówek, dodajmy.
- Wybuchnął obłąkańczym śmiechem, który pół minuty później rozbrzmiewał jeszcze ponuro w głębi kręconych schodów.
(s. 85)
Człowiek tym razem.
- Piętro +35. Cienka warstwa gałązek. Promienie słońca migoczą, przedzierając się przez ten filtr, a następnie opadają rozgwieżdżonym deszczem na ziemię. To solarium miasta, swego rodzaju fabryka produkująca belokanijskich obywateli.
(s. 85)
Promienie słońca opadają rozgwieżdżonym deszczem. Rozumiemy, że to jest fragment Ogólnej Meteorologicznej Teorii Wszystkiego. Ciekawe tylko, czy autorem jest Bernard Werber czy Tłumoczka?
- Makiaweliczny owad najwyraźniej zna wszystkie skróty!
(s. 104)
A samiec 327 najwyraźniej jest nieźle wykształcony, jak na przedstawiciela cywilizacji nieświadomej istnienia ludzkiej kultury.
- 103 683 zarzuca tułów na odwłok i strzela kwasem mrówkowym. Kiedy kowal (pluskwiak kowal bezskrzydły) ląduje u ich stóp, stanowi już tylko ciepłą konfiturę.
(s. 109)
- Dżdżownica! 327 przecina ją jednym uderzeniem żuwaczek. Ale kolejne wijące się bestie wypełzają jedna za drugą ze ścian. Jest ich tyle, iż można by pomyśleć, że mrówki znalazły się w ptasich wnętrznościach.
(s. 110)
Konia z rzędem za wskazanie logicznego związku między zdaniami 1- 3 i zdaniem 4 niniejszego fragmentu.
- [Wydzielina chrząszcza lomechusy] to owoc zaspokajający wszystkie żądze fizyczne i najdziksze pragnienia.
(s. 111)
Wydzielina jako owoc: kolejny element Ogólnej Teorii Wszystkiego (Względnej i Absolutnej)?
O! A gdzie to sprzedają? AJC
- Taka informacja nigdy nie krążyła między czułkami Federacji.
(s. 112)
- [Miasto] Bel-o-kan zwęża swe pory, chowa pazury i zaciska zęby. Jest gotowe ugryźć.
(s. 115)
- Bilsheim spojrzał na niego z dumą. Prawdziwy as z tego Galina! A przy okazji zboczeniec. Takie szalone historie go podniecały.
(s. 118)
- Wyrozumiały Bilsheim i entuzjasta Galin tworzyli we dwójkę nieoficjalną brygadę "wariackich-spraw-kórymi-nikt-się-nie-chce-zajmować". Mieli już za sobą przypadek staruszki-zeżartej-przez-koty prostytutki-duszącej-klientów-językiem, nie mówiąc już o mordercy-ścinającym-głowy-rzeźnikom.
(s. 118)
Jaki świat, takie Archiwum X.
- Czołgi zajmą miejsce w środku, a sto dwadzieścia legionów biegnącej piechoty i sześćdziesiąt oddziałów legii cudzoziemskiej będzie kroczyć po bokach.
(s. 129)
Czołgi? Mrówcza legia cudzoziemska? To już nawet przestaje być śmieszne.
- Pojawia się ciecz - życie wylewa się z łupaczy na ziemię.
(s. 132)
Uwaga: łupacze to mrówki z gatunku Messor barbabus, jak nas uprzejmie informuje pan autor.
- Natarcie. Wściekłość Grabież.
Nie ma już gadżetów, rude artylerzystki nie mogą strzelać, czworoboki karłowatych nie są w stanie utrzymać się razem.
Chmara. Szturm. Lawa.
Wszystko się miesza, rozsypuje, ustawia, biegnie, skręca, ucieka, naciera, rozbiega, łączy, jątrzy małymi atakami, pcha, ciągnie, podskakuje, upada, pogania, pluje, podtrzymuje i bucha gorącem. Wszechobecne pragnienie śmierci. Toczą się walki, fechtunki, pojedynki. Biega się po ciałach żywych i tych już nieruchomych. (...)
Ramię przy ramieniu. Zapachowe krzyki. Mgła gorzkich feromonów.
(s. 134)
Przy tym dramatyzmie niech się schowa jakiś tam "Szeregowiec Ryan". Ciekawe skądinąd, czy te gadżety to autor czy tłumaczenie.
- Kilka młodych mrówek trzyma w żuwaczkach jedną, dwie lub trzy ze swych nóżek straconych w walce i cudem odnalezionych. Tłumaczy się im, że niestety, nie można ich przykleić.
(s. 138)
Chlip chlip.
- Artylerzystki powinny doładować odwłoki w dziale chemii organicznej!
(s. 140)
- [Życzenia mrówki-robotnicy dla samicy 56 i samca 327:]
Udanej kopulacji! (...) Gdy wy będziecie w siódmym niebie, ja wyruszę na Wschód, ku wielkiej termitierze!
(s. 141)
O ile wiemy, w mrówczej społeczności tylko królowe mają prawo do kopulacji, jeśli w ogóle ten termin można odnieść do mrówek... No ale to przecież francuskie mrówki...
- wrzucił mu z obrzydzeniem do ust trzy młode robotnice, które naprawdę miały co innego do roboty. Zdumienie Nicolasa nie miało granic: były pyszne!
(s. 142)
Równie to obrzydliwe i nudne zarazem jak Markiz de Sade.
- "Istota pozaziemska i duma istnienia"
(s. 143)
Tytuł serialu SF oglądanego przez bohaterów. A ciekawe (do) czego uprzedzenie?
- Zadowolone z zakończenia filmu, dzieci postanowiły zjeść kilka słodkich mrówek.
(s. 144)
- Mrówki o zapachu skały są wojowniczkami antynegatywnego stresu.
(s. 150)
- Przeszyłyśmy oko
Odcięłyśmy bodziec
Ukróciłyśmy lęk
(s. 150)
Kolejny Wielki Mrówczy Rytuał
- Pikantna posoka budzi dreszcz w jej czułkach.
(s. 159)
Seks w mrówczym wydaniu, Episode 1 (mroczne widmo tego, że jeszcze kilkadziesiąt stron do końca książki).
- Zmysły szaleją niczym wzburzone morze. Jakieś płyny wyciekają ze wszystkich jej gruczołów, tworzą jedną musującą mieszaninę, która wlewa się do śródmózgowia.
(s. 159)
Mrówczej pornografii ciąg dalszy.
- Z braku zębów nie zmiażdżył jej zębami.
(s. 166)
No cóż, głębokiej prawdy tego stwierdzenia nie sposób sfalsyfikować.
Osobnym kuriozum w tej książce jest Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, napisana przez jednego z bohaterów. Ze względu na poziom refleksji filozoficznej porównywalny z największymi osiągnięciami ludzkości dzieło to zdecydowanie zasługuje na zacytowanie w całości. Już sam tytuł stanowi olśniewający przykład oksymoronu. Niestety, szacunek dla praw autorskich i nerwów gości odwiedzających GoodOmens nakazuje nam zrezygnować z tego znakomitego pomysłu i zadowolić się fragmentami. Na początek może coś o Człowieczeństwie:
Kimkolwiek jesteś, najpierw cię pozdrawiam. W chwili, kiedy to czytasz, nie żyję już prawdopodobnie od dziesięciu lub stu lat. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Czasami żałuję, że posiadłem tę wiedzę. Ale jestem człowiekiem i nawet jeśli solidarność gatunku jest w tej chwili na najniższym poziomie, znam wszystkie obowiązki które wynikają z faktu, że urodziłem się któregoś dnia pośród was, ludzi tego wszechświata.
Muszę przekazać swoją historię.
(s. 49)
A teraz może o Sensie i Początku Istnienia Wszechświata:
Jeśli dobrze się przyjrzeć, wszystkie opowieści są do siebie podobne. Na początku jest temat, który drzemie. Nadchodzi przełom. Ten przełom zmusza nas do działania. W zależności od postępowania rozwinie się lub umrze.
[Przełom umrze???]
Pierwsza historia, którą opowiem, jest historią naszego wszechświata. Ponieważ żyjemy wewnątrz. Ponieważ wszystkie rzeczy, małe i duże, podlegają tym samym prawom i są połączone tymi samymi współzależnościami.
Na przykład ty, który odwracasz tę stronę, pocierasz papier niewielką powierzchnią palca wskazującego. Z tego kontaktu rodzi się maleńkie ciepło. Ciepło mimo wszystko prawdziwe. Przeniesione do nieskończenie małej skali powoduje ruch elektronu, który opuszcza swój atom i uderza w inną cząsteczkę.
Ta cząsteczka jednak w rzeczywistości, względem siebie samej, jest olbrzymia. Do tego stopnia, że zderzenie z elektronem jest dla niej prawdziwym szokiem. Przedtem była nieruchoma, pusta, zimna. Z powodu Twojego przewrócenia kartki znajduje się oto w stanie kryzysu. Przecinają ją gigantyczne iskry. Raptem jednym gestem spowodowałeś coś, czego konsekwencji nigdy nie poznasz. Być może powstały nowe światy, z żyjącymi na nich ludźmi, ci ludzie odkryją kiedyś być może metalurgię, kuchnię regionalną, międzygwiezdne podróże. (...)
Podobnie nasz wszechświat zajmuje z pewnością miejsce w rogu strony książki, na skraju podeszwy buta lub w pianie kufla piwa jakiejś innej olbrzymiej cywilizacji.
(s. 49 - 50)
Piątego Piwa, być może?
Teraz kilka faktów naukowych:
Wyobraź sobie zatem tę wielką przestrzeń ciszy, przebudzoną nagle przez gwałtowne spalenie połączone z wybuchem. Dlaczego tam na górze przewrócono kartkę? Dlaczego zebrano pianę z piwa? Nieważne. W każdym razie wodór się pali, wybucha. Wielkie światło przecina nienaruszoną przestrzeń. Rzeczy nieruchome zaczynają się poruszać. Rzeczy zimne ogrzewają się. Rzeczy ciche zaczynają szemrać.
(s. 50)
OK. Wedle tego, co jest wcześniej na tej samej stronie, mowa o Wielkim Wybuchu lub jego ekwiwalencie w jednym z alternatywnych światów. Pomieszanie teorii filozoficzno- fizycznych w tym fragmencie woła o pomstę do nieba. W całkowitej pustce następuje wybuch i zapalenie się wodoru, połączone z wielkim światłem. Wodór ten, jak rozumiem, pali się w owej absolutnej pustce, w której przy okazji rozchodzi się światło. Następnie istniejące w tej samej pustce rzeczy zaczynają działać (Pierwszy Poruszyciel?). Rozpoczyna się ruch (Arystoteles?) Wzrasta temperatura. Pojawia się dźwięk (albo muzyka sfer, albo ta pustka ma atmosferę). Ergo albo to wszystko razem nie ma sensu, albo, alternatywnie, mamy do czynienia z postmodernistycznym mitem kreacyjnym. Ratunku!!!
Cytowanie in extenso opisu walki z dzięciołem sobie darujemy, poprzestaniemy na streszczeniu: ptak wpycha język do mrowiska, żeby się najeść. Mrówki-wojowniczki strzelają mu w szyję pierwszą salwą kwasu, co jest nieprzyjemne, ale jeszcze nie niebezpieczne. Skrzydła ptaka więzną w ziemi i gałązkach kopca. Następna salwa jest bolesna, kolejna powoduje już prawdziwe cierpienie. Czwarta salwa unieruchamia napastnika. Następnie jedna grupa mrówek wdziera się do środka przez rany spowodowane przez kwas, a druga wciska do wnętrzności przez kloakę. Pierwsza ekipa ratuje z gardzieli jeszcze żywe mrówki. Następnie część mrówek dostają się tętnicą szyjną do mózgu i tam pozostają, gotowe do kopania w szarej substancji. Następnie oddział mrówek wkracza do płuc i wylewa tam kwas. W tym czasie obie grupy, ta od przełyku i ta od kloaki, podróżują przez wnętrzności ptaka, dewastując po drodze wszystkie organy, na które natkną się żuwaczkami. Unikają płynów ustrojowych, które mogłyby je zatopić. Obie armie łączą się wreszcie na poziomie nerek. Ptak jeszcze żyje. Jego serce, pocięte ciosami żuwaczek, nadal pompuje krew w podziurawiony system rurek. Mrówki zaczynają ćwiartować dzięcioła. Gdy zaczynają dzielić kawałki mózgu, ptakiem targa konwulsja, już ostatnia. Podział zdobyczy postępuje. Korytarze mrowią się od istot, z których każda ściska pamiątkę w postaci piórka lub puszku.
(s. 61 - 62)
No strasznie łatwo im to poszło.
Sekretna broń ma postać ciemnej rośliny, na którą nawleczono czaszki mrówek rudnic.
(s. 128)
Czaszki? Mrówek???!!!
Mrówka, której odcina się głowę, emituje charakterystyczny zapach. Zapach bólu. Coś się zatem dzieje. Mrówka nie ma elektrycznych bodźców nerwowych, ma jednak bodźce chemiczne. Wie, kiedy brakuje jej cząstki samej siebie, i cierpi z tego powodu.
(s. 131)
Pomijając już samą teorię bodźców chemicznych - bardzo nam się podoba idea mrówki świadomej, że brakuje jej głowy.
Mrówka brodzi w ciepłych fotonach.
(s. 154)
A autor bredzi. Niemal jak po nadużyciu sfermentowanej spadzi przechowywanej na 32 piętrze (też s. 154, BTW)
Wydaje się, że śmierć nie jest dla mrówki wydarzeniem na tyle dużej wagi, by mogła zaprzestać rozpoczętego zaledwie kilka sekund wcześniej zadania.
(s. 163)
Nic tylko pozazdrościć.
Dla odmiany drobiazg dotyczący konstrukcji fabuły:
Najbardziej dobijająca jest nachalna symbolika piwnicy jako łona matki. Kiedy Lucie, żona głównego bohatera, schodzi po schodach (krętych jak spirala DNA, przypomnijmy), wydaje się jej, że pogrąża się coraz bardziej w głąb samej siebie. (s. 106). Przypomina sobie obrazy z (głęboko traumatycznego) dzieciństwa.
A teraz kilka kwiatuszków, o które podejrzewamy Tłumoczkę, a nie autora:
- Ourzazate to mój kumpel, nie możesz pozwolić mu tak zdechnąć. (s. 39)
To mówi małe dziecko do tatusia w sprawie zaginionego psa.
- Jonatan trzymał w rękach to, co zostało z Ourzazate'a, było już raczej krwawym strzępem mięsa. (s. 55)
- Czemu zatem wyznaje mi pan swoją podłostkę? (s. 65)
- Przekaz neuromediatorów z jednego mózgu do drugiego, bez żadnych przeszkód.
(s. 79)
Neuromediatorów? (Mediatorów między neuromancerami, jak rozumiemy?)
- Na ekranie przesuwały się obrazy różnych świątyń i innych miejsc kultu w Shinto. (s. 83)
W Shinto???